Bawię się muzyką

Bawię się muzyką

7
Renata Przemyk

Bawię się muzyką
Wywiad z Renatą Przemyk
Kiedyś dostałam kredyt zaufania ze strony publiczności. Obecnie po koncertach podchodzą do mnie słuchacze z moją pierwszą płytą, kasetami, a nawet z całym plikiem płyt kolekcjonowanych przez lata i podkreślają, jak ważna jest dla nich moja twórczość – czuję, że jestem potrzebna – opowiada Renata Przemyk.

I.A.: Szerszej publiczności znana jesteś przede wszystkim z hitu „Babę zesłał Bóg”. Czy ta piosenka jest feministycznym manifestem?
R.P.: Wiem, że ta piosenka zapisała się dość mocno w pamięci wielu osób. Dało mi to szansę mocnego startu. Wówczas o tym nie myślałam, po prostu bawiłam się muzyką. Wtedy nie sądziłam, że to wyjdzie poza ramy zwykłego hobby, a pasja przerodzi się w sposób na życie. Prowokacyjna była cała zawartość płyty „Ya Hozna”. Razem ze Sławkiem Wolskim bawiliśmy się znaczeniami i dźwiękami. Prowokacyjny był nie tylko akordeon, ale również wiele innych akcentów, takich jak mój wygląd, mocne buty i bardzo kuse sukieneczki, wyrazisty makijaż. Chociaż był to pewnego rodzaju manifest, ja nie traktowałam tego stricte feministycznie. Jako kobieta lepiej znałam świat kobiecy i nie bałam się eksponować swojej kobiecości. Dzięki temu wszystko wychodziło w bardzo naturalny sposób. Zarówno dla mnie, jak i dla Sławka była to fantastyczna zabawa z dźwiękiem, ale i z formą. Efektem naszej pracy była płyta, która okazała się czymś nowym na ówczesnym rynku. Do tej pory na koncerty przychodzą ludzie z winylami do podpisania, co jest szalenie wzruszające. Nie miałam wówczas pojęcia, że ta muzyka była aż tak znana, ponieważ w tamtych czasach żyłam bez telefonu, telewizora, a nawet bez radia. Swoją ulubioną muzykę miałam na kasetach. Mieszkałam w akademiku, jedyny telefon był na korytarzu, więc z dużym opóźnieniem dochodziły do mnie wiadomości o naszym sukcesie. Na fali tej popularności spływały kolejne propozycje i zaproszenia na festiwale, a także powstawały nowe płyty. Kiedy w 1992 roku kończyłam studia, byliśmy w trakcie przygotowywania trzeciej.

I.A.: Jesteś osobą, która nie pcha się na czołówki polskich magazynów, nie udziela się publicznie i nie lansuje na tzw. ściankach. Mimo to jesteś sławna i znana. Jak to robisz?
R.P.: Po prostu robię swoje. Może ktoś w inny sposób wykorzystałby szansę, kiedy mógłby dorwać się do jakichś kanałów medialnych. Ja przede wszystkim kocham muzykę. Lubię tworzyć, śpiewać, szukać nowych brzmień i sprawdzać, jak będą współgrać w różnych konfiguracjach brzmieniowych z kolejnymi instrumentami. Ja to po prostu lubię. Jedynym pretekstem do pojawiania się w mediach jest dla mnie możliwość opowiedzenia o tym, co nowego stworzyłam, nagrałam. Nie mówię ani o tym, co nowego ugotowałam, ani o tym, co dzieje się w moim życiu. Potrzebuję prywatności, jestem introwertykiem. Kamery i flesze do tej pory mnie onieśmielają. Tylko taka zabawa ma dla mnie sens, kiedy mogę poczuć się swobodnie. Jest wiele osób, które uwielbiają życie salonowe i niech się bawią. Ja natomiast pojawiam się w mediach tylko wtedy, kiedy trzeba opowiedzieć o powstaniu nowej płyty.

I.A.: Do kogo kierujesz swoją muzykę? Szufladkujesz jakoś swoich odbiorców?
R.P.: Nigdy w życiu! Nie lubię szufladek, ale wiem, że dziennikarzom potrzebne są nazwy stylów, kierunki, definicje. Przydają się one wtedy, kiedy trzeba w opowiedzieć o tym, co nas czeka i zaprezentować jakieś części składowe muzyki – szkielet tego, czego powinniśmy się spodziewać. Nie widzę jednak potrzeby tworzenia szczegółowych opisów, definicji i szuflad. Sztuka jest żywa. Według mnie ma ona sens tylko wtedy, kiedy może się rozwijać i przetwarzać, a także wtedy, kiedy można wciąż dokładać kolejne elementy. Wystają one z tych wszystkich szuflad i definicji, utrudniając życie dziennikarzom. Jakiś czas temu w sklepach muzycznych zaczęły się pojawiać przegródki z moim nazwiskiem i ta szuflada mi się spodobała. Moje imię i nazwisko to idealna przegródka, w której mieszczę się w całości.

I.A.: Opowiedz proszę coś o swojej najnowszej płycie.
R.P.: Już sama okładka wskazuje na to, że jest ona wielobarwna, energetyczna, dynamiczna. Jest też bardzo różnorodnie zaaranżowana i zaśpiewana.

I.A.: Kto był autorem tekstów?
R.P.: Dwa teksty są autorstwa Anny Saranieckiej, mojej wieloletniej tekściarki i poetki, na której tekstach się uczyłam. Pozostała dziewiątka jest moja. Ciągle jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób Anka pisze, jak nazywa świat. Podpatrywałam, uczyłam się i podziwiałam jej twórczość przez wiele lat. Podczas pracy nad tą płytą, kiedy układałam linie wokalne, najpierw zaczęły pojawiać się pojedyncze słowa i wersy. Słowa same przychodziły przy śpiewaniu i nagrywałam je, zapisując razem z instrumentami. Pomysły pojawiały się równolegle w trakcie komponowania. Pomyślałam sobie, że warto pójść tym tropem i zobaczyć, co się wydarzy. Byłam przekonana, że skasuję wszystko. Po odsłuchaniu stwierdziłam, że niektóre układają się w spójną, czasem zabawną całość. Wydawało mi się, że na płycie znajdą się dwa lub trzy teksty mojego autorstwa. Nawet nie wiem, kiedy uzbierało się ich aż dziewięć. Anka była moim pierwszym czytelnikiem i recenzentem, służyła mi dobrą radą. Mam jej błogosławieństwo. Ale przede wszystkim poczułam, że to jest mój głos i mnie samej spodobało się to, co powstało.

I.A.: Jaki jest twój ulubiony kawałek z tej płyty?
R.P.: Wszystkie są mi bardzo bliskie, każdy inaczej. Kolejność też odgrywa tu znaczenie. Co konfiguracja, to inna historia. W przypadku tej płyty jest możliwość ułożenia swojej własnej kolejności podobnie, jak w przypadku książki pt. „Gra w klasy” Cortázara, gdzie można stworzyć własną historię. Ostatecznie zdecydowałam się na opowieść, która zaczyna się od utworu pt. „Czas M”, czyli od decyzji pozwolenia sobie na bardziej świadome i uważne życie aż po śmierć, czyli utwór pt. „Życie bez”, w którym jest bardzo wyraźnie napisane, że życie bez miłości jest martwe, tak jak miłość bez prawdy.

I.A.: Które z komplementów oraz opinii usłyszanych od fanów i słuchaczy zapamiętasz na resztę życia?
R.P.: Przyznaję, że słyszałam wiele miłych rzeczy w życiu. Tym bardziej były one dla mnie istotne, kiedy dotyczyły muzyki. Myślę, że już od dziecka uczymy się wyczuwać, które komplementy są szczere, a które nie. Myślę, że każda z nas jest w stanie to wyczuć. Kiedy coś robi na kimś wrażenie, od razu to widać. Spotkałam się z wieloma różnymi komplementami, zarówno szczerymi, zapadającymi w pamięć i w serce, jak i z tymi kurtuazyjnymi. W tym roku obchodzę dwudziestopięciolecie pracy, co jest związane z serią koncertów, a także dodatkowymi spotkaniami z publicznością. Usłyszałam wiele ciepłych słów o tym, jak ważne to były lata również dla moich słuchaczy i że te moje piosenki towarzyszyły im w różnych momentach w życiu. To największy komplement. Wzruszałam się ogromnie, ponieważ to odnosiło się już nie tylko do jednego koncertu, ale do wielu wspólnie spędzonych lat. Po koncertach podchodzą do mnie słuchacze z moimi pierwszymi płytami, kasetami, a nawet z całym plikiem płyt kolekcjonowanych przez lata. Opowiadają oni o tym, jak ważna jest dla nich moja twórczość. Budzą się we mnie niesamowite uczucia, kiedy słyszę, że to przy mojej piosence poznali się i dlatego przyjeżdżają na koncerty co roku. Świętują każdą rocznicę spotkania lub rocznicę ślubu, słuchając mojej muzyki.

I.A.: I ostatnie pytanie: czego życzyłabyś naszym czytelniczkom? Mam tu na myśli głównie panie, chociaż panowie podobno też czytają „Imperium Kobiet”. Ostatnio nasze czytelniczki przysłały nam kilka zdjęć zrobionych z ukrycia, na których widać, jak panowie czytają nasz magazyn przed snem lub ukrywają się z nim w toalecie. Urocze są również listy nadesłane przez mężczyzn, którzy przyznają, że znajdują coś ciekawego w tym magazynie.
R.P.: Wydaje mi się, że ta męska połowa zachowuje się trochę dwubiegunowo: albo buntuje się przeciwko kobiecej samodzielności, albo zaczyna w tym dostrzegać oparcie. Jest jednak wielu fajnych facetów, którzy sięgają po ciekawą lekturę bez względu na szyld. Trzeba umieć być sobą i nie pielęgnować kompleksów. Czytelniczkom życzę tego, co według mnie jest najważniejsze, czyli dobrego czucia się z samą sobą i dobrze pojętej miłości własnej. Mówi się, że „w zdrowym ciele zdrowy duch”, a „szczęśliwe dzieci to dzieci szczęśliwych matek”. Dbając o bliskich, nie musimy zaniedbywać samych siebie! Szczęśliwa kobieta to taka osoba, która dobrze czuje się sama z sobą i jest kochana zarówno przez siebie, jak i przez innych. Przede wszystkim jest ona świadoma własnej wartości, swojej kobiecości w mądry, życzliwy dla siebie i dla innych sposób. Myślę, że każdy człowiek tego potrzebuje. Gdy posiada te cechy, nie próbuje już dominować i nie musi udowadniać niczego siłą ani poświęcaniem się. Wówczas ma sens partnerstwo oparte na współpracy, radości, cieszeniu się sobą oraz partnerem, byciu twórczym. Wtedy jesteśmy w stanie więcej z siebie dać i żyć tą pełnią. Ale przede wszystkim życzę Wam kochane czytelniczki dużo miłości!

Rozmawiała: Ilona Adamska
fot. Anna Powierża

BRAK KOMENTARZY

Zostaw odpowiedź