Międzynarodowo: Tunezja

Międzynarodowo: Tunezja

DOMAGAA_754x501Panie Doktorze, w połowie marca mieliśmy do czynienia z zamachem terrorystycznym w Tunisie, w którym ucierpieli polscy obywatele. Jak ocenia Pan obecnie sytuację w krajach Maghrebu?

 

Sytuacja we wspomnianych państwach jest zróżnicowana. Generalnie można w uproszczeniu powiedzieć, że im dalej na zachód tym spokojniej. Zacznijmy jednak geograficznie od wschodu, czyli od Libii. Był to jeden z najbogatszych, stabilnych i świetnie prosperujących krajów, który zmienił się w państwo upadłe, w którym panoszą się terroryści. Można powiedzieć, że granice libijskie są obecnie bardziej wyznaczane przez jej sąsiadów, aniżeli samodzielnie przez to państwo. Do niedawna sytuacja znacznie lepiej wyglądała na obszarze Tunezji. W niektórych ocenach analitycznych można było spotkać nawet opinię, że był to pozytywny przykład zmian po rewolucyjnej fali, zwanej nieco propagandowo „Arabską Wiosną”. Nic jednak bardziej mylnego. Co prawda „na powierzchni” był spokój, ale pod maską spokoju kryje się fundamentalizm religijny. Ekonomika państwa wciąż znajduje się w ruinie. Spokój miał charakter wyłącznie pozorny. Co prawda przywrócenie ruchu turystycznego po „Jaśminowej Rewolucji” z przełomu 2010 i 2011 r. złagodziło wcześniejsze skutki buntu przeciwko autokratycznemu prezydentowi Zajnowi al-Abidinowi ibn Alemu, lecz nie zlikwidowało wszystkich problemów ekonomicznych. Ostatnie zamachy w Tunisie są dobrą emanacją kierunku, w jakim to państwo podąża. W moim przekonaniu to bomba z opóźnionym zapłonem, choć bardzo chcę się mylić w tej ocenie.

Idźmy dalej na zachód. Co do Algierii – swoją „Arabską wiosnę” to państwo miało ponad dekadę wcześniej, kiedy to krajem wstrząsnął bunt islamistów. O mało w efekcie nie przyniósł on totalnej dezintegracji państwa. Sytuacja zaczęła poprawiać się wraz z wyborem na urząd prezydenta Abda al-Aziza Butefliki. Udało mu się połączyć w pokojowym dialogu najważniejsze siły polityczne kraju. Islamiści zostali odesłani, delikatnie mówiąc, w polityczny, niebyt. Wielu krótkowzrocznych komentatorów oskarża obecne władze algierskie o autorytaryzm. Niewątpliwie jednak obecnie jest to państwo w znacznym stopniu policyjne. Nie zmienia to faktu, że od lat rządzący krajem Buteflika, stał się, wręcz w stopniu mitycznym, symbolem pokoju i stabilności. Niestety to mocno schorowany człowiek, a potencjalne niepokoje mogą wystąpić po jego śmierci, kiedy pojawi się problem sukcesji władzy. Miejmy jednak nadzieję, że jak to mawiają Arabowie, Allach pozwoli mu w swojej łaskawości jeszcze trochę pożyć. Kraj bowiem ponownie owocnie się rozwija, a nad wszystkim czuwają świetnie poinformowane służby specjalne. Ma to sens, jeśli kraj chce uniknąć kolejnej sponsorowanej zza oceanu lub Morza Śródziemnego kolorowej rewolucji.

Na końcu Maghrebu pozostaje wreszcie Maroko, które od lat cieszy się szczególną protekcją Waszyngtonu. W Rabacie i okolicach nikt na serio nie pomyślał o rewolucji, ponieważ król Muhammad IV cieszy się przychylnością podobną chociażby do saudyjskiej dynastii. Oczywiście, jak wszędzie wówczas, pojawiły się drobne niepokoje, lecz zostały one w porę „zdekapitowane”. Warto również zwrócić uwagę, że Maroko to też trochę „twierdza oblężona”. Okupuje znaczącą część Sahary Zachodniej, pozostając z tego powodu w permanentnym konflikcie z Algierią, natomiast w skali afrykańskiej jest to parias. W dodatku „wytykany palcami” przez państwa regionu za nadzwyczajną „miłość” do Ameryki i całego Zachodu. Nie mniej to bogaty kraj, który dzięki przyzwoleniu zaoceanicznego mocarstwa funkcjonuje bez większych problemów

Znacznie gorzej wygląda sytuacja na obszarze Maszreku. Tutaj wskutek sponsorowanych m.in. przez państwa europejskie, monarchie znad Zatoki Perskiej i USA rewolucje, wykluły się najsilniejsze „demony” radykalnego islamu. To na tym obszarze istnieje tzw. Daesh, czyli Państwo Islamskie, to tutaj krwawo o własną niezależność walczy niemalże z całym światem Syria z Baszarem al-Asadem na czele, to wreszcie tutaj, w Egipcie, wskutek zaakceptowanego gładko przez wszystkich sąsiadów, zamachu stanu, pozbyto się demokratycznie obranego na prezydenta Muhammada Mursiego z fundamentalistycznego Bractwa Muzułmańskiego. Obecnie prozachodni zbrojny pokój utrzymuje tu kolejny prezydent Abd al-Fattah as-Sisi. Można opowiadać jeszcze długo… Ogólnie jednak rzecz ujmując, można stwierdzić, że wokół południowych granic Unii Europejskiej trwa „regularny pożar”, zaś wiele mocarstw, zamiast go gasić, dolewa do niego nomen omen benzyny. Tymczasem sama UE, niczym wystraszone dziecko, zakrywa dłońmi oczy, ślepo wierząc, że ktoś ten bałagan za nią posprząta.

 

Spotkałem się z teorią, iż radykalizacja w państwach islamskich związana jest z ich kondycją gospodarczą. To znaczy – im biedniej tym większa radykalizacja. Czy przychyla się Pan do takiej teorii?

 

Zdecydowanie tak. Przede wszystkim, zdaniem francuskiego polemologa Gastona Boudou – istniej ścisła korelacja między boomem demograficznym, biedą a eskalacją i skłonnością do przemocy w przestrzeni społecznej. Istnieje ponadto hipoteza, że pożary, susze i gwałtowne ulewy, które dotknęły Rosję w 2009 i 2010 roku, stały się jedną z głównych przyczyn „Arabskiej wiosny”. Wówczas na światowych giełdach gwałtownie wzrosła cena ziarna. Federacja Rosyjska wstrzymała wówczas eksport, zaś importerzy bliskowschodni zostali zmuszeniu do zakupu żywności po znacznie wyższych cenach w państwach unijnych i USA. Oczywiście sprzedający nie zapomnieli skorzystać z sytuacji, dodatkowo windując ceny. Na tę kwestię nałożyły się problemy demograficzne, w tym olbrzymia liczba młodych, ale i wykształconych ludzi, którzy na obszarze Bliskiego Wschodu nie widzieli dla siebie perspektyw rozwojowych. Sytuacja była podobna jak obecnie w Polsce, z tą różnicą, że naszych bezrobotnych chłonie unijny rynek pracy. Bliskowschodnia młodzież miała jednak radykalny zakaz wjazdu na teren UE. Demografia połączyła się też m.in. z efektami zaleceń Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który promował brutalny neoliberalizm, powodujący rujnację lokalnych rynków a w efekcie potężne bezrobocie i wzrost biedy. Do eksplozji potrzebna była już tylko iskra, którą dostarczyli zwłaszcza Amerykanie w postaci działań destabilizujących lokalne systemy polityczne. Przykładowo taką rolę w Damaszku odgrywał amerykański ambasador Robert Ford, zaś w Libii, wypuszczeni z więzień w Guantanamo islamiści, których wysłano m.in. do Benghazi, oczywiście po przekonaniu miejscowych służb bezpieczeństwa, że są już nieszkodliwi. Faktycznie było zupełnie odwrotnie, za co jedno z najbogatszych i najlepiej rozwiniętych państw afrykańskich zapłaciło całym swoim istnieniem.

 

Jaką, według Pana Północna Afryka, odgrywa rolę w polityce UE a jaką powinna odgrywać? Często słyszymy o nielegalnych imigrantach a przecież kraje te to prawdziwy teatr interesów poszczególnych państw UE.

 

Zdefiniujmy wpierw dokładnie sytuację. Bezwzględnym celem Unii Europejskiej ma być posiadanie nie demokratycznych, lecz stabilnych, przewidywalnych i w miarę zasobnych sąsiadów. Ich brak wpływa deprymująco na UE i odwraca jej uwagę od tendencji globalnych, w których mogłaby odgrywać wiodącą rolę. Zastanówmy się więc w czym obecna sytuacja leży interesie? Problem emigracji z krajów afrykańskich leży nie tyle w powstrzymywaniu fali migracyjnej, co spowodowaniu, by taka fala nie miała możliwości narodzin. Obozy, przypominające niekiedy ośrodki karne, w jakich zwykło się trzymać czarnych emigrantów ekonomicznych z Afryki, a których przykrym symbolem stała się włoska wyspa Lampedusa, to tylko żałosny efekt braku długofalowej suwerennej zdolności unijnej do kształtowania własnego otoczenia. Jeśli dalej ta sytuacja będzie się utrzymywała, to przyjdzie nam chyba niedługo, wzorem mieszkańców Teksasu, strzelać do każdego emigranta, chcącego przedostać się na naszą stronę granicy. Przecież to nie o to chodzi. Jednym z podstawowych zadań Brukseli ma być ustabilizowanie sytuacji społecznej i ekonomicznej w otaczających UE krajach południowych. Jednakże bez własnych sił zbrojnych, bez wyrugowania z tego obszaru przede wszystkim amerykańskich wpływów, będzie to niemożliwe. Jednym z kluczy do powodzenia tego procesu jest stworzenie własnych, unijnych, niezależnych w pełni od NATO, sił zbrojnych, dzięki którym będzie możliwe samodzielne kształtowanie swojego obszaru wpływów i niedopuszczenie doń innych mocarstw. Mówię tu szczególnie o podziękowaniu za współpracę zwłaszcza Stanom Zjednoczonym, ale również i Rosji. Interesy poszczególnych państw unijnych są jakby na drugim miejscu. W kontekście tym warto byłoby sobie przypomnieć, że Polska też kiedyś miała tam własne interesy i z powodzeniem realizowała je w ścisłej współpracy z rządami państw północnoafrykańskich.

 

Jaką widzi Pan przyszłość dla państw takich, jak Tunezja, Libia, Egipt? Z jednej strony mają one wiele wspólnego, a z drugiej strony istnieją liczne i znaczące różnice…

 

Warto sobie uświadomić, że dopóki z tymi narodami, podkreślam – narodami, a nie państwami, nie zacznie nas łączyć wspólnota interesów, połączona z poszanowaniem odrębności kulturowej i politycznej, dopóty będziemy mieli wokół Morza Śródziemnego konflikt cywilizacji. Nie chodzi bowiem o to, by przykładowo Libijczyków nauczyć demokracji według wzorca europejskiego. Wątpliwe bowiem, czy my analogicznie chcielibyśmy u siebie wdrażać libijskie normy tzw. demokracji plemiennej. Chodzi jednak o to, by mieszkańcy Libii mogli cieszyć się owocami własnej pracy w swoim kraju. Chodzi o to, aby przykładowo Polacy mogli pojechać tam na wakacje, wzorem egipskiej Hurghady, czy Szarm-el Szeik, a w zamian przedstawiciele libijskiej, tunezyjskiej, czy algierskiej klasy średniej mogli przyjechać na niedrogie wakacje w Tatry lub nad Bałtyk. To z jednej strony daleka perspektywa, ale z drugiej wcale nie tak odległa. Przy dobrej woli możliwa jest do realizacji w ciągu jednego nawet pokolenia. Do jej spełnienia wiedzie jednak wyrzucenie z tego obszaru wpierw tych, którzy widzą perspektywę wdrażania wyłącznie własnych partykularnych interesów, w miejsce wspólnych…

 

Na koniec trochę wakacyjnie. Zbliża się czas urlopów. Zachęcałby Pan czy odradzał rodzinne wakacje w Północnej Afryce?

 

Zależy gdzie… Warto przede wszystkim poczytać informator „Polak za granicą”, który opracowuje nasz MSZ i który jest dostępny w Internecie. Oczywiście zdecydowanie odradzam Libię, nawet amatorom turystyki ekstremalnej. Na chwilę obecną wstrzymałbym się też z Tunezją, przynajmniej przez kilka najbliższych tygodni. Zdecydowanie lepiej wygląda np. Algieria, gdzie można nawet wybrać się na narty, o czym mało kto wie. Bezpieczne jest Maroko, ale również Egipt, chociaż poza miejscowościami turystycznymi bywa różnie. Niewątpliwie trzeba w tym ostatnim wypadku przestrzegać ostrzeżeń płynących od opiekunów wycieczek. Sam z chęcią bym pojechał teraz nad Nil, chociażby dlatego, że nie dane mi było do tej pory zobaczyć na własne oczy piramid…

 

dr Marcin Domagała – prezes think-tanku Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych; redaktor naczelny e-dziennika Geopolityka.org, współredaktor pracy zbiorowej „Czas EuroMajdanu” – pozycji analizującej okres rewolucji na Ukrainie w latach 2013–2014.

 

Dziękuję za rozmowę

Piotr Żołądkowski

BRAK KOMENTARZY

Zostaw odpowiedź