Międzynarodowo: Ukraina

Międzynarodowo: Ukraina

DOMAGAA_754x501Rozmowa z dr Marcinem Domagałą

Panie doktorze Polska, Europa, świat żyją” sprawą Ukrainy od ponad roku. Proszę wyjaśnić o co tak naprawdę chodzi w tak skomplikowanym temacie?

Jeden z luminarzy amerykańskiej politologii profesor Joseph Nye, w jednej ze swoich prac użył terminu overdetermined – „przedeterminowany”. Oznacza to, że dla wielu zjawisk lub procesów istnieje zbyt wiele przyczyn, aby można była podać ich lakoniczne wytłumaczenie. Tak samo jest z konfliktem na Ukrainie. Jego korzenie tkwią gdzieś w odległej historii, sięgającej jeszcze XIX w. Zderzają się tutaj także przyczyny kulturowe, cywilizacyjne, ekonomiczne, społeczne, militarne… Można by je długo wymieniać, analizować, spierać się i toczyć długie dysputy akademickie, o to kto zaczął, lecz nie oto tutaj chodzi. Ja spróbuję to wyjaśnić po swojemu. Na początku lat 90. XX wieku Polska i Ukraina znajdowały się na podobnym poziomie rozwoju gospodarczego. Niezależnie od ocen obecnego stanu polskiej gospodarki, masowej migracji do innych państw zachodnich itp., Polska niewątpliwe, płacąc ogromną cenę, dokonała zmiany systemu politycznego, w sposób który nie pozwolił jej stoczyć się w rezultacie okoliczności, występujących w ramach tego niebezpiecznego procesu. Niewątpliwe jednym z poważniejszych aspektów, który nam w tym pomógł, były tradycje państwowotwórcze, niejako zadomowione pośród polskich elit politycznych. Na Ukrainie było niemalże odwrotnie. Zasadniczo Ukraińcy nigdy nie posiadali własnego suwerennego państwa we współczesnym tego słowa znaczeniu. Pojawiły się co prawda efemeryczne i niestabilne twory, jak np. Ukraińska Republika Ludowa tuż po zakończeniu I wojny światowej, jednak były one nietrwałe i pozbawione realnych podstaw. Naukę państwowości Ukrainie przyniósł dopiero okres radziecki. Jednakże niepodległość, która stanęła na drodze Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w latach 90’ XX w., była nieoczekiwana, gdyż tendencje niepodległościowe były zbyt słabe w porównaniu np. do Państw Bałtyckich, czy chociażby Gruzji. Korzystna koniunktura geopolityczna i sojusz „narodowych” komunistów z „narodowymi” demokratami doprowadził do stworzenia patologicznego układu władzy – pozwolił na powstanie oligarchii, kleptokracji oraz korupcji na niespotykaną skalę, jak również struktur mafijnych. Młode państwo niemalże w dniu swoich narodzin zostało na trwale przejęte metodami darwinowskimi przez najsilniejszych osobników, dla których od tego momentu zaczęło stanowić wygodny parawan dla szemranych interesów. W rezultacie cierpieli najzwyklejsi, Bogu ducha winni, ludzie, ale to akurat mało kogo w elicie politycznej obchodziło.

Zajmuję się geopolityką, czyli obszarem stosunków międzynarodowych, która bada m.in. postępowanie ośrodków siły. Zacznijmy od tego, że stosunki między państwami przypominają relacje gangsterskie. Tu ktoś kogoś postraszy, tam pobije, tu napadnie, czasami gdzieś zdarzy się zabójstwo, a w tle trwa pokątny handelek. Mocarstwa to faktycznie najsilniejsi gracze na arenie globalnej, którą jest planeta Ziemia. Jeśli dostrzegą jakąś słabą „istotę” – awantura gotowa. Tak też się stało z Ukrainą. Obecna sytuacja w tym kraju to także rezultat gry mocarstw – cierpiącego na permanentne ADHD Waszyngtonu, butnej i obrażonej na resztę świata Moskwy, wyrachowanego i przebiegłego, próbującego na wszystkim zbić interes Pekinu, jak i wreszcie „zniewieściałej” Brukseli. Słabe wewnętrznie państwo, niezależnie od tego, jakich tzw. przyjaciół na zewnątrz posiada, ma faktycznie nikłe szanse na utrzymanie swej pozycji. Wracając tym samym do historii i przyczyn, stwierdziłbym, że pierwszą i podstawową przyczyną obecnej sytuacji była niezdolność budowy efektywnych struktur państwowych przez elity polityczne oraz nieufność całego społeczeństwa wobec tej „niepodległej USRR”. Ta przepaść oraz brak instytucji i tradycji społeczeństwa obywatelskiego skutkowały także niezdolnością do przebudowy państwa w duchu zachodnioeuropejskim oraz westernizacji struktur społecznych. Może będę przekorny – ale nie udało się także zaszczepić tam ducha autokracji. Nie trafił się tam nikt w rodzaju Aleksandra Łukaszenki, człowieka z wizją, niezależnie od jej ocen, któremu udaje się mistrzowsko balansować na niuansach i sprzecznościach mocarstwowych, czy Władimira Putina, który twardą rękę potrafiłby chwycić oligarchów za gardła, część z nich zaganiając do swojej „psiarni”, a wobec reszty używając metod podobnych do postępowania carów wobec niepokornych bojarów.

Czy jest z tej sytuacji jakieś dobre, dyplomatyczne rozwiązanie?

Zapytam trochę brutalnie – a po co ma być? Oczywiście nie jest to moja odpowiedź, ale nieoficjalne raczej credo wyznawane przez podmioty zewnętrzne, jak i wewnętrzne na samej Ukrainie. Wyjdźmy od tego, że wojna jest zawsze dla kogoś korzystna. Nie mówię tu o ofiarach cywilnych, bo one nikogo, poza organizacjami zajmującymi się prawami człowieka, czy też kwestiami humanitarnymi, nie obchodzą. Wojna ma trwać, bo wojna to potężny biznes. Przykładem były ingerencje państw zachodnich w Iraku, Afganistanie czy też Libii. Najpierw pod byle pretekstem interweniowano tam zbrojnie, by obalić miejscowych autokratów, którzy byli nieprzychylnie nastawieni do świata transatlantyckiego, lecz z perspektywy czasu okazali się czynnikiem stabilizującym sytuację. W następstwie tego wybuchały tam długoletnie wojny domowe, które z jednej strony doprowadziły do zniszczenia resztek instytucji państwowych i rozwoju anarchii. Z drugiej – był to poligon doświadczalny dla różnego rodzaju militarystów, gdzie z powodzeniem mogli testować swoje doktryny i „zabawki dla dużych chłopców”. W efekcie obnażyło to nie tylko niezdolność krajów UE i USA do zaproponowania tamtejszym społeczeństwom innego modelu rozwoju, ale i doprowadziły do powstania na obszarze Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej całego szeregu państw upadłych, gdzie wojna stała się regułą życia.  

W wypadku Ukrainy ta wojna jest korzystna najbardziej dla Stanów Zjednoczonych, które mogą kosztem Rosji rozszerzyć swoją strefę wpływów na obszarze Międzymorza. Oczywiście cała ta kwestia ubrana jest w ładne szatki konieczności budowy demokracji itp. Kolejny aspektem, jest fakt, że ten konflikt jest korzystny również dla Rosji, gdyż m.in. przyczynia się do konsolidacji społeczeństwa wokół Kremla przeciwko zagrożeniu ze strony tzw. Zachodu. Oczywiście korzystają na tym Chiny, które mogą dzięki temu ubijać świetne interesy z Rosją np. na import nośników energii po cenach wręcz dumpingowych. Wreszcie – i tu kolejny paradoks – ta wojna jest korzystna dla samej Ukrainy, a właściwie dla ekipy oligarchicznej w Kijowie, która znalazła się u władzy po obaleniu familii Wiktora Janukowycza. Petro Poroszenko et consortes, przebrawszy się w „żebracze łachy”, mogą obecnie wyciągać z budżetów co bardziej naiwnych państw unijnych pieniądze, przeznaczając ich wartki strumień faktycznie do własnych kieszeni, a potem tłumaczyć się z nikłych wyników zaklęciem „No przecież trwa wojna…!” Tymczasem trupy masowo zalegają w kijowskich szafach. Jednym z nich jest sprawa wyjaśnienia morderstwa w 2000 r. na dziennikarzu Heorhiju Gongadze, na którą obecny prezydent i jego sponsorzy zdają się reagować trochę alergicznie…

W wypadku wydarzeń na Ukrainie nie chodzi o znalezienie dyplomatycznego rozwiązania ad hoc, co przede wszystkim właściwe dziś zdefiniowanie całej aktualnej gry wokół Ukrainy i jak najszybsze odcięcie wszystkich tych, którzy podsycają ten konflikt albo dążą do instalacji takiego, czy innego systemu podług własnego wzorca. „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy” – tu chodzi o stworzenie za naszą wschodnią granicą stabilnego, przewidywalnego państwa, które nie będzie stanowiło zagrożenia dla innych swoją słabością. System, jaki będzie w nim panował jest sprawą absolutnie wtórną. Tam po prostu ma być spokojnie, zaś Ukraińcy mają spokojnie żyć we własnym kraju, a nie tułać się od Kanady po Władywostok.

Jakie, długofalowe skutki dla Polski przewiduje Pan z tytułu naszego zaangażowania w sprawę Ukrainy? Czy w ogóle powinniśmy się angażować?

Pytanie znów w tym wypadku brzmi: jakie mamy możliwości działania. Widać to było każdorazowo po rozmowach rozjemczych w Mińsku, czy ostatnich w Berlinie. W Mińsku czterokrotnie mniejsza Białoruś miała tam więcej do powiedzenia, aniżeli nabuzowana chyba jakimiś dopalaczami Polska. W Berlinie więcej do powiedzenia mieli np. Francuzi, których z Ukrainą są powiązani chyba tylko połączeni siatką lotniczą, aniżeli graniczna Polska, której po prostu nie zaproszono. Podstawowe pytanie brzmi: jakie do tej pory korzyści nasz kraj odniósł z popierania Ukrainy? Póki co do tej pory mamy embargo na mięso. Naszego węgla Kijów też jakoś nie chciał, bo wolał… rosyjski lub południowoafrykański. Dodatkowo dorobiliśmy się rosyjskich sankcji na nasze produkty oraz zwiększonej konkurencji ze strony tańszych ukraińskich produktów rolnych, za pomocą przyznania jednostronnych preferencji handlowych. Tylko w październiku zeszłego roku nasze Ministerstwo Finansów szacowało straty na 3,5 mld zł. Obecnie mamy marzec 2015 r. i kolejne embargo rosyjskie – tym razem na sery oraz marne widoki na jakiekolwiek uczciwe rekompensaty.

Problematyka polskiego zaangażowania na Ukrainie wynika bowiem nie z racjonalnego rachunku ekonomicznego i rzeczowej analizy sytuacji, lecz emocjonalnej reakcji na rozpanoszony w Polsce stereotyp „perfidnego Moskala”, któremu w polu, najlepie armatą pokazać, gdzie jego miejsce. Pół biedy, jeśli w taką mityczną interpretację rzeczywistości wierzyłaby jakaś część świata medialnego. Problem polega na tym, że wyznaje ją zasadnicza większość nie tylko mediów, ale i elit politycznych, które najchętniej wywołałyby wojnę z Rosją. Obecne koszty oczywiście ponoszą przeciętni zjadacze chleba oraz przedsiębiorcy, a ci którzy ośmielają się wątpić w oficjalną jedyną i nieomylną interpretację, z miejsca otrzymują brzydką etykietę bądź „pożytecznego idioty”, albo „ruskiego agenta”. Zostać nimi w Polsce dziś jest bowiem nadzwyczaj łatwo.

Odpowiadając zaś na Pańskie pytanie co robić? – odpowiadam: po pierwsze kierować się pragmatyzmem politycznym, a nie romantyzmem, po drugie – wciągać wnioski z historii i to całkiem niedawnej, że wojna nie jest najlepszym rozwiązaniem a po trzecie: uczyć się od silniejszych i mądrzejszych od siebie, skoro nadal gramy na emocjach, a po czwarte: nauczyć się czytać statystyki i liczyć pieniądze. Zegar Balcerowicza na warszawskim rondzie Dmowskiego bowiem wciąż pędzi, jak szalony…

 

dr Marcin Domagała – prezes think-tanku Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych; redaktor naczelny e-dziennika Geopolityka.org, współredaktor pracy zbiorowej „Czas EuroMajdanu” – pozycji analizującej okres rewolucji na Ukrainie w latach 2013–2014.

 

Dziękuję za rozmowę

Piotr Żołądkowski

BRAK KOMENTARZY

Zostaw odpowiedź