Wreszcie dojrzałam. Wywiad z Patrycją Kosiarkiewicz

Wreszcie dojrzałam. Wywiad z Patrycją Kosiarkiewicz

25
Patrycja Kosiarkiewicz

Jej przygoda z muzyką trwa już 20 lat. Zaczynała jako liderka zielonogórskiego zespołu O! la, la, by po wydaniu w 1996 roku płyty „Euforia” skupić się na karierze solowej. Największy sukces komercyjny odniosła albumem „Bajeczki”, który prócz licznych nagród i tras koncertowych, przyniósł też dwa wielkie hity, dziś śmiało można powiedzieć – evergreeny polskiej muzyki pop. Mistrzyni pozytywnych emocji.

Kiedy zrozumiałaś, że swoje życie chcesz poświęcić muzyce?
– Nigdy nie planowałam poświęcać się muzyce. Gdy byłam mała chciałam poświęcić się miłości, małżeństwu (nie dzieciom, ale właśnie małżeństwu). Potem, gdy dojrzewałam, pragnęłam żyć dla duszy. Przez większość życia czułam dyskomfort. Coś tam w środku nie dawało mi spokoju, mówiło: ej, to ja, twój mały ból. Muzyka, a właściwie twórczość działa się na marginesie. Potem zrozumiałam, że proces twórczy jest właśnie ekspresją duszy – można więc powiedzieć, zazębiło się jedno z drugim i mogłam żyć dla duszy tworząc, pisząc, muzykując.

Czym dla Ciebie jest muzyka, dźwięk?
– Właśnie ową ekspresją. A właściwie formą, bo treść idzie z duszy, z jej tęsknoty za Niepoznanym, Boskim. Niezależnie jak bardzo chcielibyśmy temu zaprzeczyć.

Jakie dźwięki koją Twoją duszę?
– Muzyka to energia i wibracja dopasowująca się do nastroju, chwili, a przed wszystkim stanu świadomości. Dlatego istnieją gatunki muzyczne, które przenoszą nas w niskie rejony, w tę ciemność w nas. Są też utwory, które mogą nas podźwignąć. Myślę, że muzyka klasyczna jest balsamem, oczyszcza. Tak jak mówi się, że jesteś tym co jesz, tak można powiedzieć, że jesteś tym czemu się oddajesz, w sensie konsumpcji sztuki, powielania zachowań społecznych itd. Zatem z tym kojeniem bywa różnie. Czasem, gdy jestem w nastroju samoudręczania (śmiech) słucham rzeczy, które potęgują ten nastrój – myślę sobie wtedy: może jakiś potencjał udręki musi się we mnie wypełnić? W chwilach smutku warto puścić sobie lekką, radosną muzykę. To zupełnie jakbyśmy zakręcali zawór Smutek a odkręcali zawór Radość.

Scena rządzi się swoimi prawami, to miejsce spotkań z publicznością. Czy dla każdego artysty, a przede wszystkim czy dla Ciebie, obcowanie z publicznością to przyjemność?
– Przyjemność na pewno, jednak przepleciona elementami obowiązku i starań, a niekiedy motywującej tremy. Wszystko musi być jak należy. A to sukienka – wyprasowana, a to odsłuch – działający, a to tekst – w pamięci, a to głos – w dobrej kondycji.

Wiele osób uważa, że twoja twórczość jest bezkompromisowa. Nie ulegasz żadnym modom czy trendom. To prawda?
– Trochę ulegam. Jestem częścią tego świata, a to oznacza a priori uleganie mu. Za dużo jest związków przyczynowo skutkowych, żeby nie ulegać. Każdy kto twierdzi, że jest od tego wolny, wciąż ma przed sobą długą drogę samopoznania. Zresztą to nie odnosi się tylko do twórczości, ale do życia w ogóle. Nie da się wyjść poza system. Zawsze trzeba mu oddać „co cesarskie”.

BRAK KOMENTARZY

Zostaw odpowiedź